Disney – seriale animowane. Jakie seriale Disneya najlepiej obejrzeć z dzieckiem?

autor Kamil Lubartowicz
443 x czytano

Jeśli dorastaliście w latach osiemdziesiątych lub dziewięćdziesiątych, jest duże prawdopodobieństwo, że wychowaliście się na rysunkowych serialach z wytwórni Disneya. Które wspominacie z największą nostalgią? I najważniejsze — czy nadal śledzicie nowe serialowe produkcje sygnowane tą marką? Okazuje się, że zarówno stare jak i nowe disnejowskie seriale mają sporo do zaoferowania, tak dzieciom jak i dorosłym.

Klasyczne przygody Sknerusa McKwacza

Kto nie pamięta Sknerusa McKwacza, najbogatszego kaczora świata? Razem z Hyziem, Dyziem i Zyziem, czyli słynnymi siostrzeńcami Kaczora Donalda, przeżywał niesamowite przygody, podróżując po całym świecie, zwykle w poszukiwaniu dużych pieniędzy. Wraz z tymi bohaterami mogliśmy zwiedzić zaginione w dżungli miasta, groty pełne starożytnych pułapek, a nawet tak mityczne lokacje jak Kolchida czy Atlantyda.

Dostawaliśmy niezwykłe przygody i sporą dawkę humoru. W tej pogoni naszego bohatera za pieniądzem zwykle okazywało się, że są wartości cenniejsze od złota — przyjaźń i więzi rodzinne. W ten sposób „Kacze opowieści” udzielały morałów nie tylko najmłodszym. Choć po latach wielu z największym rozrzewnieniem wspomina Śmigacza, mistrza kraksów, pilota, który chyba nigdy nie wylądował, nie rozbijając samolotu.

Nie powinno dziwić, że ostatnio powstał remake tego kultowego serialu. Odnowione „Kacze opowieści” zyskują pozytywne recenzje i oglądane są z równym zapałem przez tych, którzy wyrośli na starej wersji, jak i zupełnie nowe pokolenie widzów. Nowa odsłona zachowuje ducha oryginału, jednocześnie oferując odświeżoną animację i nieco bardziej złożone wątki fabularne, które docenią również dorośli wielbiciele Disney.

Magiczne królestwo Gumisiów

Świat Gumisiów był pełen niebezpieczeństw, ale i cudowności, nic dziwnego więc, że swego czasu pochłaniał najmłodszych bez reszty. Sympatyczne skaczące misie, broniące królestwa Dunwyn przed złym Igthornem (znanym również w pewnych kręgach jako „księciunio”) i jego ogrami — to był hit lat osiemdziesiątych!

Przygody, humor, pomysłowa fabuła i barwne postacie — to wszystko złożyło się na sukces tego serialu, wciąż przez wielu wspominanego z prawdziwą nostalgią. Co wyróżniało „Gumisiów” na tle innych produkcji animowanych tamtego okresu? Przede wszystkim unikalny design postaci — elastyczne, kolorowe misie były czymś zupełnie nowym w krajobrazie animacji. Serial wprowadzał także elementy fantasy, które wcześniej rzadko gościły w produkcjach dla najmłodszych — magiczne przedmioty, zaklęcia, ale też konflikty moralne i konieczność podejmowania trudnych decyzji.

Warto zwrócić uwagę na różnorodność charakterów wśród samych Gumisiów. Każdy reprezentował inne podejście do rozwiązywania problemów — od brawury po rozwagę, od siły po dyplomację. Dzięki temu małe widzki mogły znaleźć swojego ulubionego bohatera i uczyć się różnych sposobów radzenia sobie z przeciwnościami.

Cheerleaderka kontra złoczyńcy

„Kim Kolwiek” była serialem zupełnie innego typu. Ta opowieść o cheerleaderce, zmagającej się w wolnym czasie ze stanowiącymi zagrożenie dla świata łotrami, to parodia kina szpiegowskiego, bezlitośnie wyśmiewająca schematy znane chociażby z filmów o Bondzie. To właśnie humor absurdalny i nieprzewidywalny jest największym atutem tego serialu. Można zaryzykować stwierdzenie, że nawet bardziej trafi on w gusta starszych niż młodszych widzów.

Najwięcej rozrywki dostarczają karykaturalni złoczyńcy (w tej kategorii absolutnie przodują doktor Drakken i Strzyga), choć relacje Kim i jej gapowatego pomocnika Rossa same w sobie także potrafią zaangażować. Serial sprytnie balansuje między typowymi problemami nastolatki — egzaminy, randki, życie towarzyskie — a ratowaniem świata przed globalnymi zagrożeniami.

Co warte odnotowania, przez pierwsze trzy sezony serial robi się z każdym odcinkiem lepszy i zabawniejszy. Twórcy coraz śmielej eksperymentują z formułą, wprowadzając odcinki tematyczne, parodie różnych gatunków filmowych czy nawet odcinki muzyczne. Niestety po kilku latach od trzeciego sezonu, który miał być finałowym (jest nawet napis „The end”), postanowiono dokręcić sezon czwarty. Ten jest już dość nierówny. Zdarzają się odcinki na równie dobrym poziomie co w poprzednich seriach, sporo jednak jest też niewypałów. Znikło też wiele elementów, będących wcześniej nierozłącznymi częściami serialu — między innymi pewne wątki poboczne i postacie drugoplanowe. Dlatego pierwsze trzy sezony to obowiązkowy seans, ale czwarty już tylko dla największych fanów.

Letnie wynalazki dwóch braci

Na przestrzeni ostatnich lat to właśnie „Fineasz i Ferb” był tym disnejowskim serialem, który bił rekordy popularności. Co może zaskakiwać, bo teoretycznie (na to słowo należy położyć nacisk) produkcja ta powinna razić swoją powtarzalnością struktury. W każdym bowiem odcinku Fineasz i jego przyrodni brat Ferb konstruują jakiś niezwykły wynalazek, ich siostra Kandace usiłuje bezskutecznie donieść na nich mamie, zaś na drugim planie zwierzęcy agent Pepe Pan Dziobak udaremnia plany złowieszczego doktora Dundersztyca. A do tego oczywiwe obowiązkowa piosenka w każdym epizodzie.

Okazało się jednak, że twórcy z tej powtarzanej w koło formuły potrafią wycisnąć niesłychane pokłady szalonego humoru. Prawie każdy odcinek to gwarantowany porządny masaż przepony. Może minąć trochę czasu, nim nowy widz wkręci się w ten klimat, ale gdy już wsiąknie, będzie musiał uważać, bo od tej kreskówki można się uzależnić.

Serial wyróżnia się także wysokiej jakości muzyką — każda piosenka to pełnoprawny utwór, często parodiujący konkretne style muzyczne czy znane przeboje. Wiele z nich stało się internetowymi hitami i żyje własnym życiem poza serialem. Warstwa muzyczna została przygotowana z taką dbałością, że „Fineasz i Ferb” może służyć jako wprowadzenie do różnych gatunków muzycznych, od jazzu po heavy metal.

Co więcej, serial nieustannie przełamuje czwartą ścianę, komentuje własne schematy i bawi się konwencją. Bohaterowie są świadomi absurdalności swoich przygód, co tworzy dodatkową warstwę humoru skierowaną do starszych widzów. Odniesienia do popkultury, gry słowne i subtelne żarty sprawiają, że rodzice oglądający „Fineasz i Ferb” razem z dziećmi także znajdą powody do śmiechu.

Tajemnice małego miasteczka

A to idealna pozycja dla tych, którzy nie mają cierpliwości do niekończących się, wielosezonowych seriali. „Wodogrzmoty Małe” mają tylko dwa sezony, wszystkiego czterdzieści jeden odcinków. Stanowią zwartą historię z dobrym tempem i bez zbędnych zapychaczy.

To historia Dippera i jego nieco szurniętej siostry Mabel, spędzających wakacje u starego, zrzędliwego wuja Stana na peryferiach, w małej miejscowości Wodogrzmoty Małe. Wydaje się, że tak spędzone lato będzie nudne, tymczasem rzeczywistość okazuje się być zupełnie inna. Wodogrzmoty kryją w sobie niejeden sekret. Tajne organizacje, inne wymiary, tajemnicze istoty — to wszystko czeka tylko na odkrycie!

Serial jest pełen przygód. Nie ucieka też od grozy i mroczniejszych klimatów (jeśli więc puszczać go dzieciakom, to raczej tym nieco starszym), ale równoważą to sympatyczne postacie i tony świetnego humoru. „Wodogrzmoty Małe” wyróżnia się przemyślaną fabułą pełną Easter Eggów — ukrytych wskazówek, szyfrów i odniesień, które zachęcają do wielokrotnego oglądania i analizowania każdego odcinka.

Serial porusza także ważne tematy relacji rodzinnych — zaufania między rodzeństwem, akceptacji różnic i wspierania się nawzajem. Dipper i Mabel to bliźnięta o zupełnie odmiennych charakterach i zainteresowaniach, ale ich więź jest fundamentem całej historii. Wątek wuja Stana rozwija się stopniowo, odsłaniając coraz głębsze warstwy jego osobowości i przeszłości, co czyni go jedną z najbardziej złożonych postaci w historii animacji Disney.

Warto też docenić wysoką jakość animacji i dbałość o detale — każdy kadr jest pełen ukrytych żartów, symbolicznych odniesień i elementów świata przedstawionego, które wzbogacają doświadczenie oglądania. To serial, który nagradza uważnych widzów i zachęca do wspólnego oglądania i rozwiązywania zagadek całą rodziną.

podobne tematycznie

1 komentarz

Ola 25 lutego 2019 - 11:58

„Wodogrzmoty Małe” to chyba ostatni naprawdę udany serial Disneya. Próbowałam oglądać te nowsze, jak „Star Butterfly kontra siły zła” czy remake „Kaczych opowieści”, ale to już po prostu nie to.

odpowiedz

zostaw komentarz