Mąż w kuchni, czyli katastrofa murowana

autor Darek Halejcio
449 x czytano

Panowie, każdy z Was kiedyś na pewno chciał zrobić niespodziankę dla swojej żony i przygotować dla niej obiad z okazji walentynek lub rocznicy. Za każdym razem nasze intencje są czyste, czasami nawet nasze jedzenie jest w pełni jadalne, jednak za każdym razem i piszę to z ogromną pewnością zrobimy coś źle, co przysłowi wszystkie nasze starania.

Kuchenka jest brudna

To nie musi być kuchenka. W grę wchodzić może źle umyty garnek lub deska do krojenia, która została odłożona w niewłaściwe miejsce. Pamiętajcie, że kobieta, która traktuje kuchnię jak swoje królestwo, ustanawia tam porządek, który nie może być naruszony bezkarnie. Po kurtuazyjnej euforii, spotykamy się bowiem z serią zarzutów lub pytań, które będą dotyczyć każdego etapu przygotowania posiłku — od wyboru produktów po ich finalne podanie na talerzu.

Nieumiejętnie odłożona pokrywka od garnka czy pozostawione okruchy na blacie to z perspektywy mężczyzny drobiazgi. Z punktu widzenia gospodyni każda taka niedokładność to zakłócenie ustalonego systemu, w którym każdy przedmiot ma swoje precyzyjnie określone miejsce. To nie przypadek, że po przygotowaniu obiadu często pada pytanie: „A dlaczego blender stoi na blacie, a nie w szafce przy oknie?” Odpowiedź „Bo mi tam pasował” nie zostanie zaakceptowana.

Bałagan jako sygnał braku szacunku

Dla wielu kobiet nieuporządkowana kuchnia po naszej kulinarnej przygodzie to więcej niż estetyczna usterka. To rodzaj komunikatu: „Nie dbam o przestrzeń, w której spędzasz dużą część dnia”. Nawet jeśli posiłek był pyszny, pamiętajcie — efekt wizualny po jego przygotowaniu może sprawić, że na pierwszy plan wysunie się frustracja zamiast wdzięczności.

Dlaczego tak jest tylko od święta?

Jeszcze ciekawszą sytuacją jest pretensja o to, że nigdy nie gotujemy dla niej. Zaczyna się to zwykle bardzo niewinnie:

  • — Czy tak nie mogłoby być zawsze?
  • — To znaczy?
  • — No tak, żebyś mi pomagał i gotował czasem dla mnie?
  • — Ale przecież się staram.
  • — Chciałabym, żeby nie było tak tylko od święta.
  • — Ale przecież zrobiłem Ci jajecznicę na naszą trzecią randkę, a parę tygodniu później spaghetti.
  • — I tak z Tobą jest zawsze. Wiesz co, nie mam ochoty z Tobą rozmawiać.
  • — Ale…

Problem regularności a oczekiwania partnerki

Jednorazowy wysiłek przy okazji rocznicy nie jest tym samym co systematyczne angażowanie się w codzienne obowiązki domowe. Przypominanie o jajecznicy z trzeciej randki brzmi zabawnie, lecz z perspektywy partnerki to dowód na to, że gotowanie dla rodziny traktujemy jako wydarzenie wyjątkowe, a nie część równego podziału obowiązków. Codzienna odpowiedzialność za posiłki nie dotyczy tylko przygotowania ich w dni wolne czy przy specjalnych okazjach — to praca, która powtarza się bez przerwy i wymaga konsekwencji.

Pomoc w kuchni

Dochodzimy więc do wniosku, że będziemy po prostu pomagać w kuchni bez zbędnego wychylania się i narażania na kulinarne porażki. Czasami, jeśli mamy trochę szczęścia, wspólne gotowanie może przerodzić się w zabawę, która skończyć się kuchennym seksem, jeśli akurat nie ma dzieci w domu. Panowie, wiem, że za każdym razem macie taką nadzieję, jednak rzeczywistość wygląda niestety trochę inaczej:

  • — Jak to kroisz?
  • — ?
  • — Przecież to jest za grube. Nigdy mi się to nie ugotuje.
  • — Zawsze tak na studiach robiłem.
  • — No wiesz, Twoja kuchnia na studiach nie jest dla mnie wyznacznikiem profesjonalizmu.
  • — Ance nie przeszkadzała.
  • — No, widzę, że dalej myślisz o swojej byłej. Pięknie. Dziecko śpi za ścianą, ja Ci piorę, gotuję, a Ty już byś chciał uciekać.
  • — Przecież nie o to mi chodziło.
  • — Wiesz co? Gotuj sobie sam. Idę do mamy.

Kiedy pomoc staje się powodem kłótni

Zaangażowanie w przygotowanie obiadu powinno być wsparciem, ale jeśli kroimy warzywa niezgodnie z oczekiwaniami partnerki, nagle stajemy się bardziej ciężarem niż ulgą. Problem polega na tym, że każda osoba ma swoje wypracowane metody — sposób trzymania noża, preferowaną grubość plastrów, kolejność dodawania składników. Kiedy wkraczamy w jej rewir bez poznania tych zasad, łatwo o konflikt.

Część z Was wybierze się do teściowej, by wysłuchać żalów obu kobiet. Nie róbcie tego. Istnieje pewien stopień bycia pantoflem, którego nie powinniście po prostu przekraczać. Wejście w rolę mediatora między żoną a jej matką tylko pogłębi konflikt i postawi Was w sytuacji, w której każda odpowiedź będzie błędna.

Jak naprawdę pomóc, nie utrudniając

Zamiast spontanicznie wkraczać do kuchni z inicjatywą typu „zaraz pokroję te pomidory”, zapytajcie wprost: „Co mogę dla Ciebie zrobić?” lub „Chcesz, żebym podsmażył cebulę, czy wolisz sama?”. Taka forma szacunku dla metod partnerki zmniejsza ryzyko irytacji i sprawia, że wasza obecność będzie odczuwana jako realne wsparcie, a nie kolejne wyzwanie do ogarnięcia.

Jak sobie z tym radzić?

Moi drodzy, tak naprawdę najprostszym wyjściem jest zabranie kobiety do restauracji. Kobiety lubią się ładnie ubrać i pokazać w dobrym miejscu. Oszczędzicie sobie w ten sposób czasu na gotowanie i kłótnie. Możecie również zamówić jedzenie do domu i udawać, że to Wasze dzieło. Żona nie uwierzy oczywiście, że to Wasze, ale może będzie na tyle miła, by o tym nie wspomnieć. Jeśli jesteście dostatecznie dorośli możecie po prostu dzielić się po połowie obowiązkami z partnerką. To wyjście zdecydowanie najbardziej pracochłonne, jednak przynoszące największe korzyści w dłuższej perspektywie.

Równy podział obowiązków jako fundament

Najtrwalsze rozwiązanie to wspólne ustalenie, kto za co odpowiada. Nie chodzi o to, żeby mężczyzna gotował tylko od święta, ale żeby miał swoje stałe dni w tygodniu, kiedy on przejmuje odpowiedzialność za przygotowanie posiłków. Taki układ eliminuje poczucie ciężaru spoczywającego tylko na jednej osobie i buduje autentyczną współpracę. Jeśli dodatkowo znajdziecie czas na wspólne ustalenie menu na tydzień, unikniecie kłopotów związanych z codziennym pytaniem „Co dzisiaj jemy?”.

Wykorzystanie pomocy z zewnątrz

Zamówienie cateringu czy wybranie się do lokalu gastronomicznego to całkowicie uczciwa alternatywa, zwłaszcza przy specjalnych okazjach. Nie każdy mężczyzna musi być mistrzem kuchni, a próby udowodnienia czegoś wbrew własnym umiejętnościom kończą się frustracją po obu stronach. Czasem lepiej świadomie zrezygnować z kulinarne show na rzecz komfortu i spokoju, niż forsować coś, co przyniesie więcej problemów niż satysfakcji.

podobne tematycznie

1 komentarz

Złośliwa_Zuzka 26 sierpnia 2016 - 07:39

Trzeba przyznać, że życiowy jest ten tekst. Mój mąż czasami coś w kuchni zrobi, ale ile się przy tym nagada. I są wtedy pytania o wszystko: gdzie mamy wagę? szczypta to ile? jak mam smażyć bez tłuszczu? termoobieg?! co to takiego jest?! Wtedy zawsze mam ochotę wygonić go z kuchni i wszystko sama zrobić. Ale nie niech się męczy. A co mi tam.

odpowiedz

zostaw komentarz